poniedziałek, 12 lipca 2021

Półmaraton Błędnych Skał

 

Bardzo cieszyłam się na ten bieg. Wręcz widziałam oczami wyobraźni jak będę biegać labiryntem Błędnych Skał. Po Zimowym Półmaratonie Gór Stołowych miałam apetyt na więcej a szczególnie na labirynt Błędnych Skał, które poprzednie trasy omijały. Czas by zobaczyć wiosenną odsłonę Gór Stołowych.


Do Kudowy przyjechałam na cały weekend aby rodzinnie też pocieszyć się górami. Zrealizowaliśmy wszystkie obowiązkowe punkty programu w tym labirynt Błędnych Skał. Widząc oznaczenia na trasie niecierpliwie czekałam startu. Widziałam oczami wyobraźni jak o poranku będę się przeciskać przez wąskie przejścia. 

W niedzielę,  cichutko w okolicach 6 rano wymknęłam się z hotelu i zameldowałam się na starcie. Gromadziło się coraz więcej biegaczy, czuć było atmosferę podniecenia i radości. Grała muzyka, niezawodny konferansjer odliczał czas do startu. Rozgrzewka zrobiona, zegarek włączony, gotowa. 
Trasa Półmaratonu to ok 1000m w górę i tyle samo w dół, 2 punkty odżywcze i 5 godzin limitu trasy. Naprawdę można celebrować bieganie.

Trasa zaczęła się od podbiegu, no dobra podejścia na Parkową Górę. Kto nie zrobił rozgrzewki ten gapa. Potem już wąskimi ścieżkami nieustannie w górę. Trasa bardzo zielona, dużo kwitnących drzew, malowniczo i bajkowo. I nagle zrobiło się jeszcze bardziej sielsko, gdy wbiegliśmy na teren Muzeum Kultury Ludowej Pogórza Sudeckiego. Wiatrak, stare chaty, studnie, kapliczki i zbieg wśród tych cudowności,  przy budzącym się dniu. Takie momenty są najpiękniejsze. Zapisane w sercu i lecimy dalej bo to dopiero początek trasy.  Wiedziałam, że czeka nas jeszcze podejście pod Błędne Skały i dopiero tam będzie punkt odżywczy i moment na złapanie oddechu. W tak zwanym międzyczasie wpadliśmy jeszcze na chwilę do Czech a potem to już krok za krokiem w górę.  Z radością ruszyłam na trasę labiryntu, który dzień wcześniej pokonałam piechotką z rodziną. Wiedziałam, ze będzie wąsko, ślisko na podestach i momentami bardzo nisko. To z pewnością zauważył biegacz, który kilka metrów przede mną huknął głową w skałę. Na szczęście obyło się bez obrażeń i gdy złapał oddech ruszyliśmy dalej. Na tym kilometrze trudno wyprzedzić, trzeba być mocno skoncentrowanym,  dlatego polecam pozwiedzać wcześniej bo w czasie biegu nie ma na to czasu. Punkt odżywczy – uzupełniłam wodę, zjadłam żela i teraz w dół. Myślę sobie super, dobre samopoczucie i pogoda, fajnie jest. Lecę w dół a na skrzyżowaniu stoi wolontariuszka i mówi – o półmaraton to zapraszam w lewo. A tam… moje ulubione podejście, które tak dobrze znam z zimowych edycji. Prawdą jednak jest, że trening czyni mistrza bo za każdym kolejnym razem wydaje się to podejście krótsze.

 

Reszta trasy to techniczne zbiegi, pełne kamieni i korzeni ale taki urok Gór Stołowych. Czułam siłę w nogach, słoneczko jeszcze tak mocno nie paliło, więc nie oszczędzałam się tylko parłam do przodu. Zupełnie zapomniałam, że jeszcze na 16 km jest punkt odżywczy. Ale takie niespodzianki to ja lubię. Wypiłam kubek wody, zjadłam kilka moreli z kieszeni i dalej do przodu. 

Wiedziałam, że w pewnym momencie wrócimy na początek naszej trasy, gdzie mogą już być biegacze z dystansu na 10km. Zrobiło się wąsko i ciasno. Przepuszczaliśmy się nawzajem, spotkałam kilka znajomych biegaczy. Uśmiechów i pozdrowień moc.  Ostatnia polana przed zbiegiem do Parku zdrojowego. Rozglądam się a po prawej widać Śnieżkę.

Nagle usłyszałam charakterystyczne dźwięki mety. Mieszanka muzyki, oklasków, pisków. Wiedziałam, że jestem już blisko. Wbiegłam do Parku Zdrojowego, pełnego ludzi relaksujących się na ławeczkach i trawie. Ostatnie metry i jest!!!

 Meta,  radość, medal, fotka i… szybciutko do hotelu prysznic, śniadanie i.. nowy numer startowy bo o 13:00 start

Ale to już historia na nowy post.






poniedziałek, 28 czerwca 2021

Szczęśliwa trzynastka na siódemkę

Plany na majówkę były inne. Miał być weekend w górach połączony ze startem.
 Ale bieg przeniesiono, hotele zamknięte…
Nie myślicie chyba, że się poddałam?


Ja może jestem wolna ale za to zawzięta, więc zagłębiłam się w Internet.
Wyszukałam lokalny bieg, który mimo obostrzeń i wszystkich przeciwności losu odbędzie się w majówkę.
I tak 3 maja ruszyłam do Lublińca na Festiwal Biegów Konstytucji 3 maja. 

Wczesnym świtem w święto konstytucji ruszyłyśmy ku lublinieckim lasom. Pogoda średnia: wiatr, deszcz, zimno.
Co ta pasja robi z człowieka…
Trafiłyśmy do leśniczówki i tam powitała nas banda zakręconych biegaczy głodna startów.
Biegów było kilka 7,14,21 i 42. Trasy realizowane na 7 km pętli. 






Odebrałyśmy numery startowe. Mnie przypadła trzynastka. Od razy wiedziałam że szczęśliwa
bo to przecież siódmy półmaraton w tym roku. Po odśpiewaniu hymnu państwowego oficjalnie otwarto start.
My po krótkiej rozgrzewce stwierdziłyśmy, że nie ma co czekać tylko ruszamy.
Start był otwarty godzinę więc bez tłumów, bezpiecznie w reżimie każdy mógł wystartować na wybrany
przez siebie dystansie.


Pierwsza pętla to był wspólny bieg. Na trasę ruszyli biegacze ze wszystkich dystansów. Pogoda się poprawiała,
pojawiło się słoneczko, dokuczał tylko mocny wiatr. Na szczęście trasa poprowadzona ścieżkami leśnymi,
często w cieniu i osłonie od wiatru. Po pierwszej pętli zrobiło się luźniej ale cały czas miałam kogoś
w zasięgu wzroku. Dublowali mnie tez szybcy zawodnicy. Tą pętlę biegło mi się najlepiej bo byłam spokojna
o trasę, która była dobrze oznaczona
a po pierwszych 7 km już mi znana.

Gdy przekroczyłam linie mety po 2 okrążeniu i ruszyłam na ostatnie kółko rozejrzałam się nieśmiało.
Sam samiusieńka na trasie. Założenia na ten bieg były czysto treningowe przed kolejnymi startami w górach.
Spojrzałam na zegarek a tu pokazuje całkiem fajne tempo średnie. Postanowiłam nie odpuszczać tylko
lecieć ile mogę danego dnia. Wiedziałam że o życiówkę nie powalczę ale będzie przyzwoicie.
 I tak też się skończyło – zabrakło 3 minuty.
Może jeszcze w tym roku zaatakuję. A może dalej będę biegać dla frajdy.

Półmaraton biegło około 60 osób z czego 15 kobiet. Ja to wiem jak znaleźć się w pierwszej 15 open kobiet !!


Podsumowując - bieg dobrze zorganizowany, w super atmosferze. Przykład, że dla pasjonatów nie ma przeszkód.
Biuro zawodów w stodole? Dlaczego nie. Smaczna, gorąca zupa dla regeneracji,
a do tego cała masa lokalnych wyrobów typu miody, nalewki, kiszonki. Pycha!
Profesjonalny pomiar czasu, dobrze oznakowana trasa. Profesjonalizm.
Bieganie po lasach z uśmiechniętymi biegaczami IDEALNIE!


I tak 7 półmaraton zrobiony. To już jedna trzecia za mną …

#21x21w2021



sobota, 22 maja 2021

Krok za krokiem do celu

 Po prawie miesięcznej przerwie i kolejnych odwołanych zawodach pojawiła się szansa, że tym razem wszystko dojdzie do skutków. Wiadomo w Mieście Cudów czyli Bardzie Śląskim wszystko jest możliwe.


I tak też się wydarzyło i ponad 300 zawodników zmierzyło się z podbiegami i zbiegami Gór Bardzkich na dystansach 21, 12 i 5 km. Dla każdego coś miłego.  Ja oczywiście wybrałam dystans 21km wciąż wierząc w sukces projektu #21x21w2021.

W przyjaznej i radosnej atmosferze, w mroźny sobotni poranek, odebrałam pakiet. Dzięki super organizacji, każdy zawodnik miał wskazany czas na odebranie pakietu. Bez kolejek i ścisku,  w reżimie sanitarnym wszyscy mieli szansę pobrać swój numer startowy. Również start poszczególnych dystansów odbywał się w  25 osobowych falach. Ja wystartowałam w pierwszej grupie.


Profil trasy jasny – 10 km pod górę a potem to już z górki. Góry Bardzkie okazały się idealnym miejscem do biegania. Podbiegi szerokimi drogami leśnymi o średnim nachyleniu, beż trudności technicznych. Do tego dobrze oznakowana trasa, przebijające się przez chmury słoneczko i temperatura ok 10 stopni. No wprost idealnie. Organizator przygotował 3 punkty odżywcze na dystansie półmaratońskim. Wszystko co biegacz potrzebuje 😊

 Zmagania zgodnie z profilem rozpoczęły się nieustannym i ciągłym podbiegiem. Nie przepadam za taką trasą. Wolę podchodzić pod ostre wzniesienia i zbiegać w dół. A tu niby nie ostro w górę ale wciąż metr za metrem wyżej. Mimo mojej zasady, że pod górę nie biegam – podczas tego startu spróbowałam zawalczyć. Wolno ale z zawziętością pięłam się w górę odliczając kolejne kilometry.

I nie wiadomo kiedy, nagle się rozejrzałam i byłam już na górze. Był czas na chwilkę poobcowania z przyrodą i widokami, tym bardziej, że zza chmur wyszło słoneczko i widoczność też uległa poprawie. 

Kolejne kilometry minęły błyskawicznie. Właściwie ciągły zbieg, z krótkimi płaskimi odcinkami. Cały ten odcinek przebiegłam wspólnie z poznanym na trasie biegaczem, który skutecznie mnie zagadywał. I w ten sposób, nagle, zupełnie niespodziewanie pojawiła się meta.


A potem już klasyka za którą tak tęskniłam. Medal na mecie a nie w pakiecie. Wręczony przez uśmiechniętego i cudownie radosnego organizatora całego tego zamieszania.  Posiłek regeneracyjny na talerz, zjedzony przy ławach na świeżym powietrzu a nie w aucie. Do tego kilka spotkań z biegaczami nie widzianymi od dawna. To się nazywa cudowna sobota w mieście cudów




Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach

Dorota







czwartek, 6 maja 2021

Jeszcze Zimowy Półmaraton Gór Stołowych

 Tegoroczna edycja została przesunięta ze stycznia na przedostatni weekend zimy aby było zimowo. I było :-)  Tradycyjnie podczas biegu, padał deszcz, śnieg i grad.  Dodatkowo podtrzymana została tradycja, że jak widzisz szlak a obok pionową ścianę w górę to trasa biegu jest właśnie w górę. Cudowności.


Oczywiście organizacja zawodów w czasie pandemii to ogromne wyzwanie dla organizatorów. Szereg zmian, dostosowań aby było bezpiecznie i zgodnie z przepisami.  Emocje, motyle w brzuchu jednak takie same. Odbiór pakietu, rozterki jak się ubrać, czy będzie lód czy błoto, czy starczy sił??? Wszystko normalnie!  I za taką normalnością wszyscy stęsknieni biegacza zjechali w Góry Stołowe.

W czasie tej edycji start był pojedynczy  z zachowaniem dystansu.  Ruszyłam do przodu w aurze jesiennej. Zaledwie po kilku kilometrach zaczął padać deszcz, deszcz ze śniegiem a nawet grad. To dla mnie żaden problem, ja nawet lubię biegać w deszczu ale coraz większym wyzwaniem w miarę wspinania się w górę była nawierzchnia. Tradycyjnie gorzej było z góry niż pod górę.  Czasem zastanawiam się czy problemem jest lód pod nogami czy hamulec w głowie.  Bo jak już wywijałam szpagaty i ślizgi pod Błędnymi Skałami i powiedziałam na głos – tu się nie da biegać, to oczywiście zaraz znikąd pojawił się biegacz, który mnie minął na pełnym gazie.   Może biegać się nie da ale czas na zdjęcia zawsze jest :-)

Humory i dobra atmosfera dopisywała na całym dystansie. A jak zobaczyłam ulubione podejście wzdłuż słupków granicznych to ogarnęła mnie radość, że to się dzieje i że mogę tu być.  Towarzyszący mi na podejściu biegacze nieznający tej trasy pukali się w głowę, psioczyli ale parli twardo pod górę. Nie ma to jak się porządnie zmęczyć.

Na punktach odżywczych wszystko pięknie przygotowane. Atmosfera  radosna wśród biegaczy i wolontariuszy. Tu ogromny ukłon dla wszystkich zaangażowanych w organizacje biegu, zawsze uśmiechniętych pod maseczką, pomocnych i zaangażowanych.

Ostatnie kilometry biegu to refleksja w głowie, że wszystko co dobre tak szybko się kończy :-) 
Jest kolejny do kolekcji medal w ręku. Melduję 4 medal w #21x21w2021
Do zobaczenia na biegowych ścieżkach!

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach

Dorota

sobota, 24 kwietnia 2021

Rudawy na 5 z plusem

 No dobra było nerwowo. Nikt nie wiedział czy bieg się odbędzie. Organizatorzy jasno i na bieżąco komunikowali co się dzieje. Na koniec padło zaproszenie – przyjeżdżajcie! No to pojechałam.

Od samego progu przywitała nas zima i łaskawa pogoda.  Uśmiech nie schodził nam z twarzy.  Nie mogłam się napatrzeć na zimową aurę w ostatni dzień zimy.  Po odebraniu pakietów i oddaniu wszystkiego zbędnego do depozytu stanęłyśmy na starcie. Zegarki włączone i do boju.

 Nie znałam całej trasy mimo, iż w Rudawach nawet tej zimy trochę pobiegałam. Miałam ze sobą mapę przygotowaną przez organizatorów, trasę wgraną w zegarek i… na szczęście nic się nie przydało bo trasa była pięknie oznaczona a na newralgicznych krzyżówkach zawsze stał wolontariusz.

 Trasa była bardzo urozmaicona. Bo i ostre podejścia i płaskie leśne ścieżki, i zamek po drodze. Do tego biegacze w super humorach, zawsze z uśmiechem, dobrym słowem. Czuć było wspólną radość z biegania po górach.  Pogoda też dodawała energii. Co chwila pojawiało się słońce wydobywając to co najpiękniejsze zimą w górach. Widoki jak z pocztówek. Były też chwile gdy prószył śnieg, otaczała nas mgła a za kilka kilometrów znów słonecznie. Wiadomo w marcu jak w garncu.

 Serce moje skradły jednak Starościńskie Skały. Byłam tam pierwszy raz w życiu i w pięknej zimowej aurze wyglądały magicznie. Taka pętelka pomiędzy skałami gdy był moment by na chwilę się zatrzymać i chłonąc piękno na trasie to cudo.  Serdecznie polecam te rejony o każdej porze roku.

 Oczywiście cały bieg to nie był spacerek. Warunki nie były łatwe bo po świeżej dostawie śniegu na trasach był kopny śnieg i wąziutkie ścieżynki udeptane przez zawodników którzy mierzyli się z dystansem 60, 43 czy właśnie 21 kilometrów.  Moja trasa półmaratonu wiodła przez kilka szczytów takich jak Sokolik, Krzyżna Góra, Jańska góra czy najwyższy Wołek. Łącznie wyszło ponad 1100 m przewyższeń.  Na koniec,  przy schronisku Szwajcarka, na biegaczy czekały pierogi ruskie, które można było zjeść przy ognisku. Organizatorzy spisali się na medal w jakże trudnych dla nich czasach.  Jeszcze raz wielkie dzięki.

 W dobie kolejnego lockdownu zamykam pierwszy kwartał z 5 medalami w garści. Zostało jeszcze 16 co daje średnio pięć na kwartał. Jest szansa a wiara w ukończenie 21 półmaratonów w 2021 wciąż wielka.

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota


piątek, 26 marca 2021

Do 3 a nie do 21 razy sztuka 😊

Zapraszam na krótką relację ze świetnie zorganizowanego przez Biegiwlkp.pl półmaratonu Łękno.

Z przyjemnością i niezłą prędkością w niedzielę pokonałam tam dystans półmaratonu. Ale po kolei.

 Poszukując kolejnych biegów do wyzwania #21x21w2021 przeglądam aktywnie internet i szukam małych lokalnych biegów. W takich jest większa szansa, że się realnie odbędą. I tak trafiłam na półmaraton Łękno. Po zapisach jednak nie poszło gładko bo bieg został przeniesiony z powodu covid. Termin pokrywał się z innym zaplanowanym biegiem. Uczestnictwo bez problemu odwołałam i… okazało się, że jednak tamten bieg się nie odbędzie. No to zapisałam się ponownie, namówiłam koleżankę na to wariactw  i mocno zacisnęłam kciuki.

I nadszedł dzień startu i ruszyłyśmy do Łękna. Tu przyznam się bez bicia, że pojęcia nie miałam gdzie to jest a sprawdzałam tylko czas dojazdu. Bez problemów dojechałyśmy, odebrałyśmy pakiet, pożartowałyśmy na temat oznaczenia trasy i… bez kolejki do damskiego wc (w przeciwieństwie do męskiego), po rozgrzewce byłyśmy gotowe. Start był otwarty przez 30min. Przodem puściłyśmy szybkich biegaczy i zaczęła się zabawa.

 Trasa leśna, momentami piaszczysta, z niewielkimi wzniesieniami i bardzo urokliwa. Świetnie oznaczona, z punktem odżywczym na mniej więcej 5 i 10 i 15 km. Do 10 km, czyli pierwszą pętlę przebiegłyśmy razem. Na 10 km złapałam tylko izo i leciałam dalej. Obejrzałam się za siebie i było pusto. Koleżanka zniknęła. Spojrzałam na zegarek, patrzę a tam dobre tempo. Na granicy mojej asfaltowej życiówki mimo trudniejszego podłoża. Coś tam się w głowie zaczęło kluć.

 Teraz już w głowie wizualizowałam kolejne kilometry, gdzie ten piach, gdzie pomarańcza na 15km no i uśmiech dla fotografa na 17km. Co tam życiówki uśmiech musi być i radość z biegania. Ostatnie kilometry trasy  to górki pagórki i groble między dwoma jeziorami. Cudne otoczenie. Na 20 km wiedziałam że trochę mi zabrakło. Ale co tam ogień w nogi i … minęłam biegacza który był moim nieświadomym zającem przez wszystkie km. Ostatni zakręt,  meta!!!! 2 min gorzej niż życiówka. A ja mega zadowolona. Nie planowałam tak mocnego startu ale widać zimowe treningi w kopnym śniegu pomogły na piaski. Medal w garści. I to już trzeci! No dobra do końca drogi jeszcze brakuje 18 ale to przecież ta droga jest najpiękniejsza.

Do mety dotarła też Gosia i po chwili oddechu stwierdziłyśmy, że nalży nam się regeneracja a aż żal nie skorzystać z tak pięknego jeziora. No to siup do wody. I znowu organizatorzy spisali się na medal. Na biegaczy czekało ognisko, kiełbaski, ciasteczka i ciepła herbata. Wykąpane, najedzone i szczęśliwe najchętniej udałybyśmy się na drzemkę no ale czas było wracać do domu.

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota


piątek, 19 marca 2021

Zimowe bieganie do mety

 

Sezon startów w pierwszych dwóch miesiącach roku nie był obfity w wydarzenia. Szukając alternatywy postanowiłam po raz pierwszy wziąć udział w zawodach w biegach… narciarskich. Wybór padł na kultową imprezę z wieloletnią tradycją – Bieg Piastów. 

Z uwagi na sytuację pandemiczną również tegoroczny Bieg Piastów odbył się w zmienionej formule. Bez startu wspólnego, przez trzy kolejne weekendy ale z pomiarem czasu i medalem. Dla mnie to akurat był plus. Jako świeżak miałam obawy przed startem w tłumie narciarzy. Tegoroczna edycja była szansą na spróbowanie swoich sił w komfortowych warunkach.

Zawody w biegach narciarskich swoją atmosferą bardzo przypominają tą znaną z zawodów biegowych. Dzień startowy rozpoczęłam od pobudki o nieludzkiej porze, 2 godziny drogi do Szklarskiej Poręby. Tam biuro zawodów w reżimie, odebranie pakietów, ostatnie pytania o trasę i prosto do Jakuszyc. Ostatni tydzień przez zawodami to był czas temperatur powyżej 10 stopni a we Wrocławiu nawet 21, dlatego zaplanowałam start jak najszybciej można. I tu brawa dla organizatorów, którzy w odpowiedzi na prośby zawodników ( w tym moją) zmienili godziny otwarcia biura na wcześniejsze. Dzięki temu wystartowałam przed 9.00  z nadzieją na szybki śnieg. 

Ostatnie przygotowania, założenie numeru startowego na siebie, nart na nogi  i w drogę. I zaczęła się magia. Wszystko co kocham w biegówkach – cisza, las, śnieg, słońce i świetnie przygotowana trasa.
To był mój pierwszy start w zawodach narciarskich i kompletnie nie umiałam oszacować swojego czasu. Plan był prosty - mocno do przodu i zobaczymy.  Profil trasy przewidywał szybki początek, trochę zjazdów a potem dopiero wspinaczkę. Jak zawsze świadomość, że to zawody zadziałała i na pierwszych kilometrach pognałam. Na zjazdach śmigałam w dół bez nadziei na hamowanie a z nadzieją że trasa się wypłaszczy i jakoś zwolnię. No taka strategia. Na szczęście obyło się bez ofiar. Pierwsze 10 km zrobiłam w godzinę. Nie wiem czy to szybko ale w głowie pojawiła się myśl, że może ostatnia nie będę  I jak tylko to pomyślałam to poczułam rosnący pęcherz na nodze. Stopa pracuje inaczej niż w bucie biegowy, mimo przewiązania, poprawienia skarpetki i prób odciążenia tego miejsca ból już pozostał ze mną do końca.


Do Orlego na trasie puściutko. Minęło mnie kilku szybszych narciarzy z pozdrowieniami i życzeniami powodzenia. Na punkcie odżywczym napiłam się herbatki, pożartowałam z wolontariuszkami że upał i ruszyłam dalej. Słońce świeciło, temperatura rosła, śnieg robił się coraz wolniejszy. Tu na trasie było już więcej turystów ale na szczęście moja trasa przy Dziale Izerskim odbijała w bok od tej najbardziej popularne ścieżki do schroniska. Zaczęły się zjazdy z zakrętami. Ja wciąż w trybie gnam do przodu i…. nagle spektakularna wywrotka. Kolana obite, stopy wykręcone, ręce zdarte. No ale na trasie puściutko. Nawet się nie ma komu pożalić.  Oszacowałam straty – na szczęście kości i wszystko całe. Zebrałam się i .. oczywiście ruszyłam dalej. Tu zaczęła się wspinaczka pod górę . Ale to akurat w biegówkach lubię. Równym krokiem, metr za metrem do przodu. Gdy dotarłam na Rozdroże pod Cichą Równia to skończyły się zawody a zaczęła walka o przetrwanie. Pęcherz pękł, na trasie całe bandy turystów, lub początkujących biegaczy. Słońce wysoko grzało mocno a śnieg… jak piasek. Narty nie chciały jechać. Te ostatnie kilometry zmęczyły mnie bardziej niż pierwsze 20km.

 

I nagle po 3 godzinach jak torpeda wpadłam na metę :-) Szczęśliwa, zadowolona i w miarę cała.
Serdecznie polecam start w Biegu Piastów. Super impreza, przygotowanie tras mistrzostwo świata patrząc na temperatury istnie letnie a nie zimowe.

Po pamiątkowych fotkach, pierwsze co to ściągnęłam buty i uwolniłam poharatane nogi. Trzeba się szybko wyleczyć bo już za chwilę kolejny półmaraton. Tradycyjny biegowy .
Stan na dziś 2/19 Jeszcze trochę pracy przede mną #21x21w2021.


Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota



sobota, 27 lutego 2021

Tego się nie zapomina

 

Zawody!!! Hmm a co to takiego? Już tak dawno nie brałam udziału, że normalnie miałam pietra. Na szczęście to tak jak z jazdą rowerem – tego się nie zapomina. Wystarczy biec od startu do mety.

 


Górski Zimowy Półmaraton Ślężański nie był pierwszy na mojej tegorocznej liście w ramach wyzwania 21x21w2021 ale… wszystkie styczniowe starty przesunięte i nagle okazało się że dopiero w lutym są szanse. Taki prezent na imieniny to ja rozumiem. Oczywiście z wyprzedzeniem pojawiła się na miejscu i zgodnie z odwiecznym rytuałem zaliczyłam wszystkie punkty – pakiet, banan, toi-toi, start.
Start był pojedynczy, wg numerów startowych. Organizatorzy przyznawali numery wg rankingu RMT. To fajne rozwiązanie . Szybcy lecą jak po ogień, pozostali mają szanse pocelebrować trasę nie przeszkadzając.

To mój kolejny start w Ślężańskim biegu i magiczna góra zawsze ma jakieś niespodzianki. Podobnie jak w latach poprzednich były ze trzy strefy klimatyczne – trochę błota, dużo śniegu i na szczęście niewiele lodu.  Prawie 16 km przebiegłam w raczkach. Dzięki temu na śnieżno lodowej trasie czułam się pewnie.

Pamiętałam że wejście na Ślężę niebieskim szlakiem jest mocne ale w tym roku wydawało mi się krótkie. Widać cała zima w górach procentuje. Jak zawsze organizatorzy zadbali o bezpieczeństwo na Skalnej Perci i zamontowali liny. Był fun. Na szczycie powitała nas mgła i trochę turystów chyba zaskoczonych rozgrywającymi się zawodami. Szybki całus z misiem i dalej w drogę.

Teraz już z górki w kierunku punktu odżywczego. Czekałam na kubek ciepłej herbaty  bo woda w softflashku prawie zamarzła i wypiłam niewiele. A tam jak zawsze pełny bufet z pomidorową włącznie. Brawa dla organizatorów i uszanowanie dla wolontariuszy. Gościli biegaczy na tym mrozie z uśmiechem.

Dalej trasa wiodła zboczem Ślęży – nie szlakiem a tak po prostu wytyczoną ścieżką. Nie lubię tego odcinka bo wąsko, ślisko i tak dalej. Dlatego starałam się przelecieć to jak  szybciej. Na koniec kilka kilometrów czarnym szlakiem – w miarę z dobrą nawierzchnią choć błotka nie brakowało.
Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii…… jest meta, cudny medal i pierwszy półmaraton w tym roku przebiegnięty.

 

Wyzwanie 21x21w2021 wciąż aktualne. Co życie przyniesie zobaczymy. Trzymajcie kciuki

 Fot Golden Goat Production i Andrzej Szczot


Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota





piątek, 8 stycznia 2021

Wyzwanie 21 x 21km w 2021

 

Długo się zbierałam by powiedzieć to głośno. Myśl aby zrealizować taki projekt zakiełkowała w mej głowie już jakiś czas temu. Ale rok 2020 nauczył nas, że często z planów nic nie wychodzi i nie jesteśmy w stanie tego ogarnąć.  No ale czas już chyba się zadeklarować i wziąć się do roboty!

Wyzwanie na rok 2021

Mój projekt na przyszły rok to 21 x 21km w 2021
Będzie krótko, szybko i intensywnie. Oj będzie się działo!

Co zawiera
Plan przewiduje aby w ciągu 2021 roku  dokładnie 21 razy przebiec dystans półmaratonu. Brzmi niewinnie? Jeszcze kilka lat temu gdy realizowałam Koronę Półmaratonów Polskich wydawało mi się to mega przedsięwzięciem. Ale wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Po długich biegach ultra w 2020 obiecałam trenerowi że w 2021 będę biegać krótsze dystanse. I słowa dotrzymam. Trochę słabiej wyjdzie z intensywnością.



Główne wyzwania
Wyzwań w tym projekcie jest kilka:
1. Zorganizowane biegi.
W założeniu chce aby te półmaratony były biegami zorganizowanymi. Wiadomo że ostatnio z tym trudno. Dopuszczam oczywiście biegi wirtualne, które już przetestowałam w 2020. 

2. Dystans
Z uwagi na ograniczoną ilość organizowanych biegów i moja miłość do gór dopuszczam biegi tyćkę dłuższe. Nie mogą mieć mniej niż dystans półmaratonu ale z małym zapasem też ok. Nie ma co wybrzydzać i 24 km też akceptuję

3. Logistyka
Super byłoby zaplanować biegi, wybrać te dogodne logistycznie i terminowo. Ale wiem, że tak nie będzie. Statystyka daje 1,7 biegu miesięcznie. Idealnie będzie dwa na miesiąc i to jeszcze z odstępem. Zobaczymy co kalendarz i corona poukładają.

4. Zdrowie
Z pewnością zdrowie jest priorytetem i nie będę szaleć. Tyle startów to duży dla mnie wysiłek. Najważniejsze to nie nabawić się kontuzji o co będę dbać regularnym rozciąganiem i rolowaniem. Masaż też niezbędny. Dobre odżywianie i odpowiednia dawka snu. Powinno być ok. Nie o końca tylko wiem jak to wpłynie na zdrowie psychiczne męża, który tylko puka się w głowę.

5. Zabawa
Całe wyzwanie to ma być zabawa. Lubię mieć wyznaczone cele, zaplanowane starty i czuć że jestem na ścieżce. Głodna startów po 2020 i tych emocji gdy biegnie się wspólnie, przede wszystkim mam w planie cieszyć się chwilą. Najważniejsze to pamiętać, że to ma być zabawa a nie walka.  Uda się zrealizować to super ale jak zabraknie kilku to przecież ważne aby pamiętać, że kilka się udało.

Monopol?

Zdecydowanie nie. Nie mam monopolu na ten pomysł ani na takie wyzwanie. Każdy kto chce może dołączyć. Im więcej nas biegowych freaków tym lepiej. Z pewnością hasztag #21x21w21 będzie krążył po sieci. I super. Świetnie będzie oglądać zmagania innych, motywować się nawzajem, być może spotkać na starcie czy mecie.

A jaka będzie nagroda?

Oczywiście radość, satysfakcja, cała masa na tej drodze do celu! A może jeszcze coś namacalnego? Każdy zdecydować może sam. Ja mam już pomysł ale… wpierw trzeba to zrobić a potem się nagradzać. 
Trzymajcie kciuki za powodzenie i obym mogła skreślić 21 sylwetek na obrazku!
To jak jest ktoś chętny by dołączyć?


Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota