czwartek, 21 października 2021

Rzeźniczek na 10

 

Zawsze z ogromną przyjemnością wracam w Bieszczady.  Te góry mnie przyciągają. Do tego z uwagi na odległość z Wrocławia zawsze start łączę z mini urlopem. Podobnie było w tym roku.

 
Po raz trzeci wystartowałam w Rzeźniczku. Mimo, iż rok temu na mecie czułam niedosyt dystansu i obiecałam sobie że Rzeźniczek już nie. Że wrócę w Bieszczady jak nabiorę odwagi do zmierzenia się z całym Rzeźnikiem. No ale nigdy nie mów nigdy. Gdy w głowie pojawił się pomysł projektu 21x21w2021 a następnie pojawiło się ogłoszenie o starcie zapisów na Rzeźniczka decyzja była szybka i oczywiście tylko na tak.

 W tym roku formuła biegu była podobna do zeszłorocznej już wersji covidowej. Podstawowa zmiana to czas odbywania się festiwalu. Nie jest to jeden weekend jak dawniej a dziewięć dni. To na pewno ogromny wysiłek dla organizatorów biegu i tu wyrazy szacunku za perfekcyjną organizacje, mimo wielu obostrzeń i wymogów sanitarnych. Każdy z zawodników oprócz wyboru dystansu – a jest aż pięć możliwości- wybierał również dzień kiedy chce wystartować. To dało możliwość rozłożenia obecności wszystkich uczestników festiwalu na wiele dni i nie wiązało się z ryzykiem dużych skupisk ludzkich. Takie rozwiązanie ma oczywiście plusy i minusy. Trudniej spotkać znajomych ale nie ma tłoków na trasie. Na dystansie Rzeżniczka zmianą jest również brak punktów odżywczych. Na szczęście na dystansie 28 km jest jeszcze możliwość ogarnięcia tego samodzielnie.

 

Nie od dziś wiadomo, że lubię biegać zimą i w deszczu a nie lubię w upale. No i wykrakałam sobie pogodę na mojego Rzeźniczka. W Bieszczadach deszcz łączy się jeszcze z błotem. Startowałam w niedzielę a w sobotę padało i całą noc padało. Do tego logistyka i inne super ważne sprawy ( o których będzie relacja) spowodowały, że słabo było u mnie ze spaniem i regeneracją przez ostatnie dni przed biegiem. Dlatego też nie do końca wiedziałam jak organizm się zachowa na trasie. No ale było jak było. Pobudka o świcie, klasyczna procedura i rytuały przedstartowe i stawiłam się na odjazd Kolejki Bieszczadzkiej. Niebo było łaskawe i nie padało, temperatura w okolicach 8 stopni. Równo 7:15 ruszyliśmy w kierunku mety. Super było spędzić te kilkadziesiąt minut na rozmowach z biegaczami. Powoli świat wraca do normalności. Z uśmiechami na twarzy dotarliśmy na start. Rozgrzewka, depozyt, fotka i tradycyjnie wystrzałem ogłoszono start.

Te 28km minęło mi bardzo szybko. Gdzieś po godzinie zaczął padać deszcz. Ale na szczęście nie jakaś dramatyczna ulewa ale ciągły, schładzający deszczyk. Na trasie błoto było ale w porównaniu z zeszłoroczną edycją, gdzie zdobyłam już chyba doktorat z błota w tym roku było znośnie. 
Przez pierwsze kilka kilometrów biegłam równo i wsłuchiwałam się w organizm. Wszystko szło dobre, czułam energie i nogi niosły. Pilnowałam nawadniania i odżywiania. Pokonywałam kolejne kilometry zgodnie z planem.  Nie zatrzymałam się nawet na chwilę. Każde podejście równo krok za krokiem parłam w górę. Przystanęłam dopiero na punkcie z wodą gdzie uzupełniłam softflashka. Kolejny odcinek trasy to mijanka z uczestnikami Rzeźnika. Dużo uśmiechu, pozdrowień i krótkich wymian zdań. Potem podejście na Orlik. I znowu krok za krokiem na szczyt. Ale że jak już Orlik? To teraz już z górki i meta?
Tak ale pamiętałam, że to z górki jest mocne. Dałam z siebie jednak wszystko. Zawsze tracę na zbiegach. Mam w głowie hamulec który powoli poprzez treningi i kolejne doświadczenia z zawodów troszkę luzuję. Na tym zbiegu też przesunęłam linię znowu dalej i to mnie cieszy bardzo.

 

Na trasie nie robiłam właściwie zdjęć bo telefon był schowany w woreczku w plecaku. Minęłam na trasie fotografów i nawet wydaje się, że cyknęli fotki. Niestety klątwa trwa – zdjęcia nie ujrzały do dziś światła dziennego.

 Pod koniec zbiegu słychać już było odgłosy mety. Ostatnie metry to odcinek mega błotnisty ale jak co roku organizatorzy mają to przemyślane. Na trasie przebieg przez rzeczkę, gdzie szybka kąpiel zmyła z butów trud kilometrów. I jest meta!!! 10 medal w tym roku w garści!


Czy wrócę w Bieszczady? Nie mówię nie bo zawsze się tu świetnie biega :- Czy coś więcej? Pomyślę po 21 półmaratonie.

 

wtorek, 31 sierpnia 2021

Zróżnicowany półmaraton w Jedlinie

 

Na ten bieg zapisałam się kiedy nikt jeszcze nie myślał o pandemii. A w mojej głowie nie pojawił się jeszcze pomysł na przebiegniecie 21 półmaratonów w 2021 roku. W międzyczasie wiele się wydarzyło ale tegoroczna edycja biegu doszła do skutku.

 


Do Jedliny Zdrój dojechałyśmy rano z numerami startowymi, które odebrałyśmy wcześniej we Wrocławiu. Z uwagi na obostrzenia sanitarne organizatorzy zmienili  formułę startów. Każdy zawodnik miał indywidualny pomiar czasu i można było startować o 8:0 rano do 11.00. Ja jako osoba biegająca dokładnie postanowiłam wyruszyć na trasę jak najszybciej. Z uwagi, że był to mój czwarty z kolei weekend ze startem w półmaratonie, a do tego byłam jeszcze przeziębiona postanowiłam poznać trasę dokładnie i nie spieszyć się zbytnio. 

A czekało nas wiele rozmaitych niespodzianek na trasie 21,4km z sumą przewyższeń 1875m (925/950). Bez zbędnego marudzenia ruszyłyśmy na start. Bez kolejek pojedynczo ruszaliśmy na trasę. 

 

Góry Wałbrzyskie trochę już poznałam biegając w nich treningowo. Nie są to giganty wysokości ale charakteryzują się ostrymi podejściami i takimi samymi zejściami. Dodatkowo w relatywnie krótkiej odległości znajduje się szereg szczytów, więc trasa to ciągły rolercaster góra dół. I tak też się zaczęło. Gdy po pierwszym kilometrze jednostajnym pod górę przebiegliśmy mostkiem na torami zaczęła się wspinaczka. Po kolei Wawrzyniak, Jedliniec, Jałowiec. Słonko prażyło jak marzenie mimo zapowiadanych deszczy. Potem odcinek zbiegu w dół ponownie w kierunku Jedliny i torów.

I tu na trasie spotkała mnie pierwsza niespodzianka gdyż … goniła mnie koparka. Dobrze, ze wykazałam się refleksem i zrobiłam fotkę. Wrażenie bezcenne, myślę, że kierowca miał większy ubaw ode mnie. Trasa na szczęście zostawiła drogę i szlakiem do góry .

Tam też czekała na nas jedna z wielu atrakcji trasy.  Tunel kolejowy pod Wołowcem łączący Jedlinę Zdrój i Wałbrzych. Tunel bez oświetlenia i na szczęście już bez torów więc biegło się lepiej. Czołówka obowiązkowa i niezbędna. Myślałam, że będzie bardziej mokro ale podłoże było dobre. Temperatura momentalnie spadła i w kompletnej ciemności pokonałam tak prawie 2km. Gdzieś w połowie tunelu czekała na nas lampa prosto w oczy i głośno grzmiąca niemiecka muzyka rockowa. Hmm doznanie ciekawe szczególnie w miejscu z taką historią. Niestety złotego pociągu nie było ale po tych 2 km ciemności inaczej rozumiem stwierdzenie – zobaczyć światełko w tunelu. Ja je zobaczyłam, nie był to pędzący pociąg a koniec tunelu. Chwilę dalej czekał pierwszy punkt odżywczy i nie wiadomo kiedy 9 km trasy miałam już za sobą.

 

Ruszyłam pod górę w kierunku Zamkowej Góry. Całe podejście słyszałam krzyki, nawoływania, prawie odgłosy bitwy. To cudowny doping przygotowany przez wojów, którzy czekali na nas na ruinach zamku. 


Zmotywowana okrzykami i widokiem mieczy ruszyłam ku najwyższemu punktowi na trasie czyli Borowej (853m). Prawie 3 km w górę, krok za krokiem aż oczom ukazała się wieża widokowa na szczycie.

 Kilkaset metrów dalej był punkt odżywiania. Uzupełniłam wodę i leciałam dalej. To już lub dopiero 14 kilometr trasy. A dalej znów było ciekawie. Kilka kilometrów  biegliśmy wzdłuż zbocza. Wąska ścieżynka. Po lewej zbocze góry,  po prawej spadek w dół. Dużo skupienia i uwagi. Słyszałam tylko kroki i oddechy biegaczy za mną. Bardzo ciężko było nawet przepuścić tych biegnących szybciej. Dla osób z lękiem wysokości ciekawy i wymagający odcinek.

Potem kilka ostrych zbiegów, gdzie nie wiadomo czego się łapać. Podziwiam tych co puszczają nogi na takich odcinkach. Ja jednak jestem panikara. Na 20 kilometrze ponownie przekroczyliśmy tory - tym razem innym mostkiem i już dały się słyszeć odgłosy mety. Ostatnie podejście i piękną łąką, gdzie odpoczywali już ci po finiszu ostatnie metry dzieliły nas od mety.

 

I jest radość z mety! Bo czego trzeba więcej?  Przecież biegam bo chcę i robię to dokładnie :-)

Dobra jest 9 w kolekcji #21x21w2021. Teraz chwila oddechu. Będzie weekend bez półmaratonu ale to nie znaczy, że bez zawodów :-). A potem rzucam to wszystko i jadę w Bieszczady !!!

 

poniedziałek, 12 lipca 2021

Półmaraton Błędnych Skał

 

Bardzo cieszyłam się na ten bieg. Wręcz widziałam oczami wyobraźni jak będę biegać labiryntem Błędnych Skał. Po Zimowym Półmaratonie Gór Stołowych miałam apetyt na więcej a szczególnie na labirynt Błędnych Skał, które poprzednie trasy omijały. Czas by zobaczyć wiosenną odsłonę Gór Stołowych.


Do Kudowy przyjechałam na cały weekend aby rodzinnie też pocieszyć się górami. Zrealizowaliśmy wszystkie obowiązkowe punkty programu w tym labirynt Błędnych Skał. Widząc oznaczenia na trasie niecierpliwie czekałam startu. Widziałam oczami wyobraźni jak o poranku będę się przeciskać przez wąskie przejścia. 

W niedzielę,  cichutko w okolicach 6 rano wymknęłam się z hotelu i zameldowałam się na starcie. Gromadziło się coraz więcej biegaczy, czuć było atmosferę podniecenia i radości. Grała muzyka, niezawodny konferansjer odliczał czas do startu. Rozgrzewka zrobiona, zegarek włączony, gotowa. 
Trasa Półmaratonu to ok 1000m w górę i tyle samo w dół, 2 punkty odżywcze i 5 godzin limitu trasy. Naprawdę można celebrować bieganie.

Trasa zaczęła się od podbiegu, no dobra podejścia na Parkową Górę. Kto nie zrobił rozgrzewki ten gapa. Potem już wąskimi ścieżkami nieustannie w górę. Trasa bardzo zielona, dużo kwitnących drzew, malowniczo i bajkowo. I nagle zrobiło się jeszcze bardziej sielsko, gdy wbiegliśmy na teren Muzeum Kultury Ludowej Pogórza Sudeckiego. Wiatrak, stare chaty, studnie, kapliczki i zbieg wśród tych cudowności,  przy budzącym się dniu. Takie momenty są najpiękniejsze. Zapisane w sercu i lecimy dalej bo to dopiero początek trasy.  Wiedziałam, że czeka nas jeszcze podejście pod Błędne Skały i dopiero tam będzie punkt odżywczy i moment na złapanie oddechu. W tak zwanym międzyczasie wpadliśmy jeszcze na chwilę do Czech a potem to już krok za krokiem w górę.  Z radością ruszyłam na trasę labiryntu, który dzień wcześniej pokonałam piechotką z rodziną. Wiedziałam, ze będzie wąsko, ślisko na podestach i momentami bardzo nisko. To z pewnością zauważył biegacz, który kilka metrów przede mną huknął głową w skałę. Na szczęście obyło się bez obrażeń i gdy złapał oddech ruszyliśmy dalej. Na tym kilometrze trudno wyprzedzić, trzeba być mocno skoncentrowanym,  dlatego polecam pozwiedzać wcześniej bo w czasie biegu nie ma na to czasu. Punkt odżywczy – uzupełniłam wodę, zjadłam żela i teraz w dół. Myślę sobie super, dobre samopoczucie i pogoda, fajnie jest. Lecę w dół a na skrzyżowaniu stoi wolontariuszka i mówi – o półmaraton to zapraszam w lewo. A tam… moje ulubione podejście, które tak dobrze znam z zimowych edycji. Prawdą jednak jest, że trening czyni mistrza bo za każdym kolejnym razem wydaje się to podejście krótsze.

 

Reszta trasy to techniczne zbiegi, pełne kamieni i korzeni ale taki urok Gór Stołowych. Czułam siłę w nogach, słoneczko jeszcze tak mocno nie paliło, więc nie oszczędzałam się tylko parłam do przodu. Zupełnie zapomniałam, że jeszcze na 16 km jest punkt odżywczy. Ale takie niespodzianki to ja lubię. Wypiłam kubek wody, zjadłam kilka moreli z kieszeni i dalej do przodu. 

Wiedziałam, że w pewnym momencie wrócimy na początek naszej trasy, gdzie mogą już być biegacze z dystansu na 10km. Zrobiło się wąsko i ciasno. Przepuszczaliśmy się nawzajem, spotkałam kilka znajomych biegaczy. Uśmiechów i pozdrowień moc.  Ostatnia polana przed zbiegiem do Parku zdrojowego. Rozglądam się a po prawej widać Śnieżkę.

Nagle usłyszałam charakterystyczne dźwięki mety. Mieszanka muzyki, oklasków, pisków. Wiedziałam, że jestem już blisko. Wbiegłam do Parku Zdrojowego, pełnego ludzi relaksujących się na ławeczkach i trawie. Ostatnie metry i jest!!!

 Meta,  radość, medal, fotka i… szybciutko do hotelu prysznic, śniadanie i.. nowy numer startowy bo o 13:00 start

Ale to już historia na nowy post.






poniedziałek, 28 czerwca 2021

Szczęśliwa trzynastka na siódemkę

Plany na majówkę były inne. Miał być weekend w górach połączony ze startem.
 Ale bieg przeniesiono, hotele zamknięte…
Nie myślicie chyba, że się poddałam?


Ja może jestem wolna ale za to zawzięta, więc zagłębiłam się w Internet.
Wyszukałam lokalny bieg, który mimo obostrzeń i wszystkich przeciwności losu odbędzie się w majówkę.
I tak 3 maja ruszyłam do Lublińca na Festiwal Biegów Konstytucji 3 maja. 

Wczesnym świtem w święto konstytucji ruszyłyśmy ku lublinieckim lasom. Pogoda średnia: wiatr, deszcz, zimno.
Co ta pasja robi z człowieka…
Trafiłyśmy do leśniczówki i tam powitała nas banda zakręconych biegaczy głodna startów.
Biegów było kilka 7,14,21 i 42. Trasy realizowane na 7 km pętli. 






Odebrałyśmy numery startowe. Mnie przypadła trzynastka. Od razy wiedziałam że szczęśliwa
bo to przecież siódmy półmaraton w tym roku. Po odśpiewaniu hymnu państwowego oficjalnie otwarto start.
My po krótkiej rozgrzewce stwierdziłyśmy, że nie ma co czekać tylko ruszamy.
Start był otwarty godzinę więc bez tłumów, bezpiecznie w reżimie każdy mógł wystartować na wybrany
przez siebie dystansie.


Pierwsza pętla to był wspólny bieg. Na trasę ruszyli biegacze ze wszystkich dystansów. Pogoda się poprawiała,
pojawiło się słoneczko, dokuczał tylko mocny wiatr. Na szczęście trasa poprowadzona ścieżkami leśnymi,
często w cieniu i osłonie od wiatru. Po pierwszej pętli zrobiło się luźniej ale cały czas miałam kogoś
w zasięgu wzroku. Dublowali mnie tez szybcy zawodnicy. Tą pętlę biegło mi się najlepiej bo byłam spokojna
o trasę, która była dobrze oznaczona
a po pierwszych 7 km już mi znana.

Gdy przekroczyłam linie mety po 2 okrążeniu i ruszyłam na ostatnie kółko rozejrzałam się nieśmiało.
Sam samiusieńka na trasie. Założenia na ten bieg były czysto treningowe przed kolejnymi startami w górach.
Spojrzałam na zegarek a tu pokazuje całkiem fajne tempo średnie. Postanowiłam nie odpuszczać tylko
lecieć ile mogę danego dnia. Wiedziałam że o życiówkę nie powalczę ale będzie przyzwoicie.
 I tak też się skończyło – zabrakło 3 minuty.
Może jeszcze w tym roku zaatakuję. A może dalej będę biegać dla frajdy.

Półmaraton biegło około 60 osób z czego 15 kobiet. Ja to wiem jak znaleźć się w pierwszej 15 open kobiet !!


Podsumowując - bieg dobrze zorganizowany, w super atmosferze. Przykład, że dla pasjonatów nie ma przeszkód.
Biuro zawodów w stodole? Dlaczego nie. Smaczna, gorąca zupa dla regeneracji,
a do tego cała masa lokalnych wyrobów typu miody, nalewki, kiszonki. Pycha!
Profesjonalny pomiar czasu, dobrze oznakowana trasa. Profesjonalizm.
Bieganie po lasach z uśmiechniętymi biegaczami IDEALNIE!


I tak 7 półmaraton zrobiony. To już jedna trzecia za mną …

#21x21w2021



sobota, 22 maja 2021

Krok za krokiem do celu

 Po prawie miesięcznej przerwie i kolejnych odwołanych zawodach pojawiła się szansa, że tym razem wszystko dojdzie do skutków. Wiadomo w Mieście Cudów czyli Bardzie Śląskim wszystko jest możliwe.


I tak też się wydarzyło i ponad 300 zawodników zmierzyło się z podbiegami i zbiegami Gór Bardzkich na dystansach 21, 12 i 5 km. Dla każdego coś miłego.  Ja oczywiście wybrałam dystans 21km wciąż wierząc w sukces projektu #21x21w2021.

W przyjaznej i radosnej atmosferze, w mroźny sobotni poranek, odebrałam pakiet. Dzięki super organizacji, każdy zawodnik miał wskazany czas na odebranie pakietu. Bez kolejek i ścisku,  w reżimie sanitarnym wszyscy mieli szansę pobrać swój numer startowy. Również start poszczególnych dystansów odbywał się w  25 osobowych falach. Ja wystartowałam w pierwszej grupie.


Profil trasy jasny – 10 km pod górę a potem to już z górki. Góry Bardzkie okazały się idealnym miejscem do biegania. Podbiegi szerokimi drogami leśnymi o średnim nachyleniu, beż trudności technicznych. Do tego dobrze oznakowana trasa, przebijające się przez chmury słoneczko i temperatura ok 10 stopni. No wprost idealnie. Organizator przygotował 3 punkty odżywcze na dystansie półmaratońskim. Wszystko co biegacz potrzebuje 😊

 Zmagania zgodnie z profilem rozpoczęły się nieustannym i ciągłym podbiegiem. Nie przepadam za taką trasą. Wolę podchodzić pod ostre wzniesienia i zbiegać w dół. A tu niby nie ostro w górę ale wciąż metr za metrem wyżej. Mimo mojej zasady, że pod górę nie biegam – podczas tego startu spróbowałam zawalczyć. Wolno ale z zawziętością pięłam się w górę odliczając kolejne kilometry.

I nie wiadomo kiedy, nagle się rozejrzałam i byłam już na górze. Był czas na chwilkę poobcowania z przyrodą i widokami, tym bardziej, że zza chmur wyszło słoneczko i widoczność też uległa poprawie. 

Kolejne kilometry minęły błyskawicznie. Właściwie ciągły zbieg, z krótkimi płaskimi odcinkami. Cały ten odcinek przebiegłam wspólnie z poznanym na trasie biegaczem, który skutecznie mnie zagadywał. I w ten sposób, nagle, zupełnie niespodziewanie pojawiła się meta.


A potem już klasyka za którą tak tęskniłam. Medal na mecie a nie w pakiecie. Wręczony przez uśmiechniętego i cudownie radosnego organizatora całego tego zamieszania.  Posiłek regeneracyjny na talerz, zjedzony przy ławach na świeżym powietrzu a nie w aucie. Do tego kilka spotkań z biegaczami nie widzianymi od dawna. To się nazywa cudowna sobota w mieście cudów




Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach

Dorota







czwartek, 6 maja 2021

Jeszcze Zimowy Półmaraton Gór Stołowych

 Tegoroczna edycja została przesunięta ze stycznia na przedostatni weekend zimy aby było zimowo. I było :-)  Tradycyjnie podczas biegu, padał deszcz, śnieg i grad.  Dodatkowo podtrzymana została tradycja, że jak widzisz szlak a obok pionową ścianę w górę to trasa biegu jest właśnie w górę. Cudowności.


Oczywiście organizacja zawodów w czasie pandemii to ogromne wyzwanie dla organizatorów. Szereg zmian, dostosowań aby było bezpiecznie i zgodnie z przepisami.  Emocje, motyle w brzuchu jednak takie same. Odbiór pakietu, rozterki jak się ubrać, czy będzie lód czy błoto, czy starczy sił??? Wszystko normalnie!  I za taką normalnością wszyscy stęsknieni biegacza zjechali w Góry Stołowe.

W czasie tej edycji start był pojedynczy  z zachowaniem dystansu.  Ruszyłam do przodu w aurze jesiennej. Zaledwie po kilku kilometrach zaczął padać deszcz, deszcz ze śniegiem a nawet grad. To dla mnie żaden problem, ja nawet lubię biegać w deszczu ale coraz większym wyzwaniem w miarę wspinania się w górę była nawierzchnia. Tradycyjnie gorzej było z góry niż pod górę.  Czasem zastanawiam się czy problemem jest lód pod nogami czy hamulec w głowie.  Bo jak już wywijałam szpagaty i ślizgi pod Błędnymi Skałami i powiedziałam na głos – tu się nie da biegać, to oczywiście zaraz znikąd pojawił się biegacz, który mnie minął na pełnym gazie.   Może biegać się nie da ale czas na zdjęcia zawsze jest :-)

Humory i dobra atmosfera dopisywała na całym dystansie. A jak zobaczyłam ulubione podejście wzdłuż słupków granicznych to ogarnęła mnie radość, że to się dzieje i że mogę tu być.  Towarzyszący mi na podejściu biegacze nieznający tej trasy pukali się w głowę, psioczyli ale parli twardo pod górę. Nie ma to jak się porządnie zmęczyć.

Na punktach odżywczych wszystko pięknie przygotowane. Atmosfera  radosna wśród biegaczy i wolontariuszy. Tu ogromny ukłon dla wszystkich zaangażowanych w organizacje biegu, zawsze uśmiechniętych pod maseczką, pomocnych i zaangażowanych.

Ostatnie kilometry biegu to refleksja w głowie, że wszystko co dobre tak szybko się kończy :-) 
Jest kolejny do kolekcji medal w ręku. Melduję 4 medal w #21x21w2021
Do zobaczenia na biegowych ścieżkach!

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach

Dorota

sobota, 24 kwietnia 2021

Rudawy na 5 z plusem

 No dobra było nerwowo. Nikt nie wiedział czy bieg się odbędzie. Organizatorzy jasno i na bieżąco komunikowali co się dzieje. Na koniec padło zaproszenie – przyjeżdżajcie! No to pojechałam.

Od samego progu przywitała nas zima i łaskawa pogoda.  Uśmiech nie schodził nam z twarzy.  Nie mogłam się napatrzeć na zimową aurę w ostatni dzień zimy.  Po odebraniu pakietów i oddaniu wszystkiego zbędnego do depozytu stanęłyśmy na starcie. Zegarki włączone i do boju.

 Nie znałam całej trasy mimo, iż w Rudawach nawet tej zimy trochę pobiegałam. Miałam ze sobą mapę przygotowaną przez organizatorów, trasę wgraną w zegarek i… na szczęście nic się nie przydało bo trasa była pięknie oznaczona a na newralgicznych krzyżówkach zawsze stał wolontariusz.

 Trasa była bardzo urozmaicona. Bo i ostre podejścia i płaskie leśne ścieżki, i zamek po drodze. Do tego biegacze w super humorach, zawsze z uśmiechem, dobrym słowem. Czuć było wspólną radość z biegania po górach.  Pogoda też dodawała energii. Co chwila pojawiało się słońce wydobywając to co najpiękniejsze zimą w górach. Widoki jak z pocztówek. Były też chwile gdy prószył śnieg, otaczała nas mgła a za kilka kilometrów znów słonecznie. Wiadomo w marcu jak w garncu.

 Serce moje skradły jednak Starościńskie Skały. Byłam tam pierwszy raz w życiu i w pięknej zimowej aurze wyglądały magicznie. Taka pętelka pomiędzy skałami gdy był moment by na chwilę się zatrzymać i chłonąc piękno na trasie to cudo.  Serdecznie polecam te rejony o każdej porze roku.

 Oczywiście cały bieg to nie był spacerek. Warunki nie były łatwe bo po świeżej dostawie śniegu na trasach był kopny śnieg i wąziutkie ścieżynki udeptane przez zawodników którzy mierzyli się z dystansem 60, 43 czy właśnie 21 kilometrów.  Moja trasa półmaratonu wiodła przez kilka szczytów takich jak Sokolik, Krzyżna Góra, Jańska góra czy najwyższy Wołek. Łącznie wyszło ponad 1100 m przewyższeń.  Na koniec,  przy schronisku Szwajcarka, na biegaczy czekały pierogi ruskie, które można było zjeść przy ognisku. Organizatorzy spisali się na medal w jakże trudnych dla nich czasach.  Jeszcze raz wielkie dzięki.

 W dobie kolejnego lockdownu zamykam pierwszy kwartał z 5 medalami w garści. Zostało jeszcze 16 co daje średnio pięć na kwartał. Jest szansa a wiara w ukończenie 21 półmaratonów w 2021 wciąż wielka.

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota