piątek, 8 listopada 2019

Jesienne naleśniki

Dzisiaj zapraszam Was do wypróbowania jesiennych dyniowych naleśników z ricottą.
Robiłam je już w kilku wersjach ze śliwkami czy figami.
Naleśniki nie są pracochłonne jeśli wcześniej przygotujemy sobie puree dyniowe.
Ja to zawsze robię hurtowo i pakuję w woreczki i zamrażam.
Jest potem idealne do naleśników czy naszych ulubionych muffinek dyniowych.
Przepis na puree bardzo prosty :-)
Raczej robię z dyni hokaido wówczas nawet skórki nie obieram.
Potrzebujemy 1 kg oczyszczonej z pestek dyni. Wkładamy ja do Thermomixa lub garnuszka. Zalewamy 1,5 l wody i gotujemy 18 minut/varoma / obr 2  lub w garnuszku mieszając. Sprawdzamy czy dynia się rozpada. 
Następnie miksujemy 8s /obr 53 lub ręcznym blenderem. 
Tak przygotowane puree studzimy , przekładamy do woreczków lub  pojemniczków i mrozimy.
Warto opisać wagę lub ml. ja najczęście pakuję po 100 g.

Jak mamy już puree to możemy sie zabrać za naleśniki.

Dyniowe naleśniki z ricottą
Składniki
- 100 g mąki kukurydzianej
- 100 g puree dyniowego
- 2 jajka
- 250 ml mleka
- 0,25 łyżeczki cynamonu
- 0,13 łyżeczki kardamonu
0,13 łyżeczki imbiru
0,13 łyżeczki gałki muszkatołowej
5 fig
250 g ricotty
1 łyżka miodu

Puree z dyni dokładnie łączymy z mlekiem i jajkami. Następnie wsypujemy mąkę, a na końcu przyprawy. Ciasto na naleśniki miksujemy i smażymy na patelni. Przekłądamy naleśniki serem. Ja nie dosładzam. Na to wykładamy owoce - u mnie śliwki pieczone z odrobiną syropu klonowego i octu jabłkowego. Gotowe!
 Jadłam je na ciepło ale też i na zimno.
Na ciepło lepiej bo w tej jesiennej aurze chce się tylko ciepłe -) 

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota





środa, 30 października 2019

Bawimy się strasznie

Bawimy się bo dzieciaki przychodzą.
Bez szaleństwa, kulturalnie i z dystansem.
Trochę strasznie się zrobiło w salonie.  
Czarne dynie zmajstrowałam sama.
Styropianowe potraktowałam czarną farbą.
A liście i patyczki złotą. 
I w ten sposób biało czarno złota kolorystyka tegorocznego
Halloween została utrzymana. 
Nawet się nie spodziewałam, że tak fajnie wyjdą. 
Rok temu było bardziej pomarańczowo.

Teraz jeszcze czas wyciąć dynię.
Szukam pomysłu:-)
To jak bawicie się?

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota





sobota, 26 października 2019

Chlebek bananowy do jesiennej herbaty

Upiekłam chlebek:-)
Pokazałam na Instagramie i pojawiły się pytania o przepis :-)
Obiecałam,  no to publikuję!


Chlebek bananowo-kawowy
Składniki:
 - 2 banany
- 100 g mąki kokosowej lub gryczanej
- 100 g mielonych migdałów
- 20 g nasion słonecznika
- 75 g orzechów pekan, posiekanych
- 1½ czubatej łyżeczki cynamonu, mielonego
- ¼ łyżeczki ekstraktu waniliowego
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- ½ łyżeczki sody oczyszczonej
- 2 łyżeczki kawy instant
- 1 łyżka wrzącej wody
- 3 duże jajka
- 125 ml syropu klonowego
- 60 ml oliwy

Sposób wykonania:

Nagrzej piekarnik do 180 °C i natłuść formę keksową. Obierz banany i rozgnieć je widelcem.
W dużej misce wymieszaj mąkę, mielone migdały, nasiona słonecznika, 60 g orzechów pekan, przyprawy, ekstrakt waniliowy, proszek do pieczenia i sodę.
Kawę rozpuść we wrzącej wodzie i wymieszaj z rozbełtanymi jajkami, syropem klonowym i oliwą.
Mokre składniki wlej do suchych i wymieszaj delikatnie, następnie dodaj rozgniecione banany
 i połącz je z ciastem. Jeśli jest zbyt mokre, możesz dodać trochę mąki, natomiast jeśli zbyt suche – wlej odrobinę oliwy.
Powstałą mieszankę przełóż do formy i posyp pozostałymi orzechami pekan. Piecz 20-25 minut, pod koniec pieczenia włóż w ciasto drewnianą wykałaczkę – jeśli zostanie na niej surowe ciasto, potrzebuje jeszcze chwili w piekarniku.
Po wyjęciu pozostaw chlebek na 10 minut w formie, po czym wyjmij go i zostaw do wystudzenia na kratce.
Idealny na drugie śniadanie lub do jesiennej herbaty.
W tym roku jesień nas rozpieszcza więc nawet na tarasie jeszcze można się delektować kawą.

Jesień piękna ale liście lecą:-0
Zmykam grabić !
Udanego weekendu!

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota





piątek, 18 października 2019

Śniadanie na zielono

Dzisiaj zapraszam na szybkie i efektowne śniadanie
Klasyczne połączenie jajek z awokado :-)

Zielony omlet
3 jajka
1 awokado
1 kopiasta łyżeczka spiruliny, matchy lub sproszkowanej pietruszki
duża garść listków kolendry lub pietruszki
duża garść pistacji niesolonych lub pinii
sól
pieprz
masło do smażenia
sok z cytryny
oliwa extra vergine


Zmiksuj jajka z zielonym proszkiem (spiruliną, matchą lub sproszkowaną pietruszką) solą
i pieprzem.
 Na patelni  rozgrzej trochę masła i wlej masę jajeczną. Smaż pod przykryciem przez ok. 3-4 minuty. Przełóż omlet na drugą stronę i smaż jeszcze przez chwilę. Przełóż omlet na talerze
i ułóż na nich pokrojone awokado (wcześniej wyjmij je ze skórki w całości, przy pomocy łyżki). 
Dodaj listki kolendry lub pietruszki i grubo posiekane pistacje.


Ciepłe, szybkie i niebanalne śniadanie.
Polecam!

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota





poniedziałek, 7 października 2019

Mój Ci on...

Mój Ci on :-)
Pierwszy medal z górskiego maratonu.
Najdłuższy dystans jaki zrobiłam w górach!!!
Jeszcze kilometr i byłoby ultra ;-)
Pełne energii i obaw ruszyłyśmy rano do Sobótki gdzie rozpoczął sie 
Ślężański Festiwal Biegowy.
Organizatorzy przygotowali kilka tras - ultra 80 , maraton, półmaraton i 10km
My porwałyśmy się na maraton.
Jak się potem okazało niewiele nas było bo maraton biegło zaledwie 10 kobiet!
Miejsce w pierwszej 10 pewne :-) 
Humory dopisywały i ruszyliśmy.
Początkowo było dość gęsto bo 3 dystanse ruszyły razem. 
Pogoda dopisywała. 
Wręcz była idealna - chłodek z lasu i słońce :-)
Po raz pierwszy wspięliśmy się na Ślężę.
Półmaraton się oddzielił i razem z biegaczami na 10 km
zbiegliśmy z powrotem do Sobótki.
Po minięciu punktu kontrolnego ruszyłam dalej.
Zgubiłam się z Anią i nagle 
na trasie zostałam sama. 
Tylko ja i las:-)
Wiedziałam, że Ania gdzieś jest ale nie wiedziałam czy biegnie 
bo tego dnia nie czuła się najlepiej. 
Cóż było robić krok za krokiem do przodu.
Na szczęście odnalazłyśmy się na punkcie odżywczym 
i dalej ruszyłyśmy już razem. 
Z perspektywy wiem, że dzięki temu dobiegłam do mety.
Trasa była trudna technicznie.
Co Wam będę mówić.
Na zbiegach nie było dla mnie opcji nadrobić.
A mam wrażenie że nawet szło mi to wolniej niż pod górę:-) 
Skałki dały nam porządnie w kość. 
Schodów to już nawet nie liczyłam :-) 
Dobiegłyśmy do kolejnego punktu odżywczego pod Radunią.
Dowiedziałyśmy się, że to najpiękniejsza część trasy. 
Nie da się ukryć - widoki cudne
ale ponad 30 km w nogach już było czuć.
Po pętli zbiegłyśmy znowu do punktu 
i tu ogromne podziękowania dla wolontariuszy.
Czekali na nas do samego końca.
Ogromne dzięki!
Właściwie tu już wiedziałyśmy, że jesteśmy ostatnie. 
Razem z nami z punktu ruszył jeszcze jeden biegacz.
Licząc czas czułyśmy, że jesteśmy na granicy limitu.
Miałyśmy nadzieję, że z Tąpadeł trasa będzie szklakiem łatwym
ale nie taki był zamysł organizatorów :-)
Ruszyłyśmy czarnym a potem do góry  czerwonym.
Na Ślęży tego dnia był też zjazd młodzieży Taize
i wdrapywałyśmy się przy dźwiękach gitar i śpiewu.
Na ostatnim punkcie na szczycie czekali na nas na punkcie.
Wypiłyśmy łyk coli,
poinformowałyśmy, że ostatni biegacz gdzieś za nami i w dół. 
Zostało 30 min.
Była szansa zbiec ale.... 
Na ostatnich 3 km dopadła nas ulewa.
Istne oberwanie chmury.
Mokrusieńkie dobiegłyśmy na metę 12 min po limicie. 
Zlitowali sie nad nami i medale dali :-)
W nagrodę za wytrwałość czekała na nas jeszcze piękna tęcza. 
Mogę powiedzieć, że przebiegłam, przeszłam, przeczołgałam
pierwszy górski maraton.
Zrobiony ale nie zaliczony:-)
Cenna szkoła, kolejne doświadczenie.
Teraz czas odpocząć. 
Jak się będę chciała zapisać na jakiś bieg to proszę mnie związać
i zamknąć w piwnicy
Kurtyna.

P.S. post wyszedł długi jak nasza droga do tej mety.
P.S. 2 Ania takie wariactwa tylko z Tobą 💗💜
P.S. 3 Podziękowania dla p. Jacka Bagińskiego za zdjęcia :-)


Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota


piątek, 27 września 2019

Odświeżona sypialnia

Dzisiaj wpadam na chwilę do sypialni.
Wpadam to kluczowe słowo bo dużo ostatnio się dzieje.
Do tego unieruchomiony mąż nie ułatwia sprawy:-)
Nawet jeśli miałam jakieś plany remontowo modernizacyjne
to muszę włączyć hamulec gdyż podstawowy wykonawca czyli Pan Mąż nie wiadomo kiedy ruszy. 
Ale jak odświeżyłam biurko przed nowym semestrem 
to kilka detali zmieniłam też w sypialni.
Pojawiły się nowe kwietniki od Polihistor,
narzuta i poduchy.
Kolorem dominującym jest dalej niebieski :-)
Łóżko oczywiście tylko czasowo jest nasze,
Roxi bardzo przypadła do gustu nowa narzuta :-) 
Śniadanie do łóżka to u nas rzadkość,
ale zawsze można pomarzyć! 
Czasu na wylegiwanie się w łóżku nie ma 
ale obiecuję sobie zwolnić w ostatnim kwartale.
Będzie czas na leniwe poranki :-)

Trzymajcie jutro kciuki bo znowu biegnę!
Tym razem maraton... tak taki na 42 km
i do tego górski :-)

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota

czwartek, 19 września 2019

Kolejna meta za mną !!!

Dziś zapraszam Was do Krynicy Górskiej,
gdzie odbył się 10 Festiwal Biegowy.
Wielu biegaczy chwaliło tą imprezę
i w tym roku się skusiłam.
Początkowo zapisałam się na półmaraton
ale że apetyt rośnie w miarę jedzenia ostatecznie zmieniłam dystans
na 34 km.
To najdłuższy dystans na jaki się odważyłam w górach.
Płaskie asfaltowe maratony ( a mam ich na koncie 9) to pikuś :-)
W piątek po pracy ruszyłyśmy w drogę.
Hmmm trochę daleko.
Zrobiło się nerwowo czy zdążymy odebrać pakiet przed 22.00
Na szczęście kwadrans przed dotarłyśmy 
i pakiety były nasze.
Pzez chwilę zwątpiłam bo na liście startowej widniałam dwa razy :-)
ale okazało się że biegnie druga Dorota Cz. :-)
Prywatna klasyfikacja sie szykowała.
Potem już szybka bułka z dżemem i spać.
W sobotę miałyśmy autobus na start już o godz 8.00.
Po około 40 min. jazdy dotarłyśmy do Mniska nad Popradem po Słowackiej stronie.
Poranny chłodek i zachmurzenie nie wskazywało na upalny dzień
ale z każdą minutą robiło się coraz cieplej .
Ten trochę długi czas oczekiwania na start ( 11:30)
umiliły przemiłe spotkania z biegaczkami.
Pierwszy raz miałyśmy okazję spotkać się w realu :-)
Potem rozgrzewka i zgonie z radą doświadczonych biegaczy "dzida do góry".
Ruszyliśmy ze Słowacji i przebiegliśmy przez graniczny most.
Pierwsze kilka kilometrów to ciągły podbieg drogą asfaltową 
niestety w pełnym słońcu,
które coraz mocniej przygrzewało:-(
Obawiałam się tego biegu bo to najdłuższy dystans jaki zrobiłam w górach.
I pierwszy raz biegłam bez mojej górskiej przyjaciółki Ani,
z którą do tej pory robiłam wszystkie biegi wspólnie.
Na szczęście po tych kilku kilometrach dobiegliśmy do trasy 100 km i 64 km
tak że na trasie zawsze ktoś był.
Czułam się bezpiecznie i do tego dobrze oznaczona trasa.
Pozostało tylko biec.
Już po pierwszym podejściu w słońcu widoki wynagrodziły wysiłek.
Ale znając profil trasy wiedziałam, że to dopiero wstęp.
Na trasie suma przewyższeń +1520/-1380m
Kibice na trasie dopisywali :-)
Na pierwszym punkcie odżywczym 
spędziłam 3 minuty uzupełniając płyny i łapiąc w rękę trochę suszonych moreli.
I zaczęło się podejscie na Wierchomlę pod wyciągiem narciarskim.
Łatwo nie było :-)
Ale zawsze po górce jest z górki.
Tu chciałam nadrobić trochę czasu.
Zbiegałam szybko uważając na kamienie.
Oczywiście z uśmiechem na twarzy :-)
Na trasie mieszaliśmy się z biegaczami dłuższych dystansów (117, 100, 80, 64 km)
i była szansa na spotkania z ultrasami.
Po zameldowaniu się w drugim punkcie kontrolnym czasu wiedziałam że mam zapas
i nerwy trochę puściły.
Kolejnym punktem był punkt odżywczy
w schronisku Bacówka nad  Wierchomlą na 24 km trasy.
Prowadziła do niego droga bita - 6 km pod górę.
Tam dostałam jakiś mega mocy.
Pierwszy raz biegłam z kijami i zrobiłam z nich użytek.
Krok za krokiem cisnęłam w górę, nadając tempo rekami i nogi musiały nadążyć.
Z dumą powiem, że minęłam mnóstwo osób na tym podejściu.
Żwawym krokiem mijałam nawet biegnących :-)
Dotarłam do punktu 2,5 godziny przed limitem.
Zjadłam drożdżówkę popiłam colą , uzupełniłam wodę i po 7 minutach ruszyłam dalej.
Wiedziałam, że teraz na zmęczonych nogach czeka podejście
 na Runek (1080m).
Na tasie zrobiło się luźniej.
Ja parłam do przodu atakując skurcze magnezem 
i podgryzając batona. 
Gdy dotarłam na Runek schowałam kije do plecaka 
i ruszyłam w dół.
Uśmiech nie schodził mi z twarzy bo czułam, że jest szansa 
skończyć dystans poniżej 6 godz.
Mając w pamięci Rzeźniczka  nie wypowiadałam tego na głos.
Po ostatnim zbiegu już Krynica i prosta do mety:-) 
Na mecie sama chyba byłam zaskoczona że zrobiłam to. Czułam zapas sił.
Gdy pomyślałam o moim kolejnym starcie na Górskim Maratonie Ślężańskim
czułam że te 7 km więcej jest w moim zasięgu!
Teraz powinny się pokazać zdjęcia z Krynicy, 
spaceru po mieście, czy ścieżki w chmurach
ale brak bo wszystko zmienił telefon od męża,
 który złamał w domu! na ogrodzie! nogę w 3 miejscach ;-(
Pędem wracałam do domu 
ale do Krynicy jeszcze pewno wrócę :-)