piątek, 9 sierpnia 2019

Cudny weekend na DFBG

Witajcie!
Czas na kilka słów i małą relację z Dolnośląskiego Festiwalu Biegowego w Lądku Zdrój.
Czekałam z postem wciąż przeglądając zdjęcia z biegu.
A było ich mnóstwo, piękne i cudowne ale ... mnie na nich brak:-)
Oby po Rzeźniczku i Lądku nie stało się to tradycją :-)
Na szczęście kilka fot wykonałam i teraz czas na relację!
Powyżej zdjęcie przed biegiem i po :-)
Kto widzi różnicę?

Ruszyłyśmy z Anią do Lądka już w piątek.
Podobnie jak rok wcześniej zdjęcie zrobione.
Po zakwaterowaniu w sanatorium :-)
całą ekipą ruszyliśmy po pakiety.
Ponownie świetna organizacja, miła atmosfera.
Super pomysł z food truckami pod biurem zawodów.
Nim się zorganizowaliśmy zapadł mrok,
restauracje pozamykane a tu człowiek głodny.
Z ratunkiem przyszły dalej czynne food trucki z pyszną zupą gulaszową.
Już mieliśmy udać się na spoczynek gdy pojawiła się wiadomość,
że niedługo na mecie będzie pierwszy zawodnik w biegu na 240 km.
Musiałam to sprawdzić i zobaczyć jak wygląda taki kosmita.
No bo to przecież nie może być człowiek!!! 
I rzeczywiście „Góral z Mazur” przebiegł dystans 240 km /+7500 
w czasie 27 godzin 51 minut i 47 sekund 
bijąc tym samym poprzedni rekord trasy o 2,5 godziny. 
WOW!!! 
W sobotę rano ekipa Złotek :-) 
gotowa do startu na dystansie półmaratonu!
Ania nie czuła się najlepiej i na mecie pojawił się tekst - ale czy ja muszę?
No mina mówi wszystko za siebie:-)
Ale ja ją znam i wiem że Ona się po prostu wolno rozkręca.
Ruszyliśmy o czasie.
Moje cele na ten bieg - zdrowo i cało osiągnąć metę!
To zawsze nadrzędna sprawa.
Ponadto miałam smaka na pobicie zeszłorocznego czasu.
W głowie miałam ubiegłoroczną trasę czyli 6 km non stop pod górę!
Dobrze mi się szło/biegło.
Zaczęliśmy zbiegać szybciej niż się spodziewałam
Czas był dobry.
Punkt kontrolny blisko
Ale gdzie jest Ania????????
Zaczęłam się bić z myślami co robić.
Obiecałyśmy sobie że biegniemy razem.
Nawet jeśli jedna ma zwolnić.
Postanowiłam poczekać na punkcie kontrolnym.
I tu uwaga - jedyne zdjęcie z biegu - oczywiście jak jem.
Uzupełniłam wodę, wypiłam colę i zjadłam kilka orzeszków. 
Część znajomych która biegła za mną 
pojawiła się już na punkcie i ruszali w dalszą trasę.
Czas jeszcze dawał szansę na pobicie ubiegłorocznego wyniku.
I nagle jest!!!!
Na punkt wbiega Ania.
Dałam jej szanse coś zjeść i wypić i już razem ruszyłyśmy w drogę.
Widzicie tą moją radość?
Żadnych więcej rozterek tylko wspólny bieg.
Ostatni odcinek poszedł nam dobrze.
Jeszcze były siły w zapasie.
Ostatni szczyt a potem już tylko z górki :-)
Prosto do Lądka Zdrój!!! 
Tak jak chciałyśmy osiągnęłyśmy metę razem, trzymając się za ręce.
Zawsze mnie ten moment bardzo wzrusza:-)
Poprawiłyśmy ubiegłoroczny czas o ponad 18 minut!!!
Była siła na złamanie 3 godzin i za rok zaatakujemy!!
Do zobaczenia

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota





piątek, 12 lipca 2019

Dzień dobry nowe DIY

Dzień dobry
Witam na przedmieściach :-)
Zrobiłam kolejny wieniec na drzwi.
Bardzo lubię gdy naszych gości ale i domowników
wita od progu przygotowany przeze mnie wieniec.
Tym razem wersja letnia :-)
Zamówiłam drewniany napis Dzień dobry z myślą o powitaniu lata :-)
I taki o to wieniec powstał.

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota

piątek, 5 lipca 2019

Błotna masakra na Rzeźniczku :-)

Odważyłam się !!!!!
i przebiegłam Rzeźniczka:-)
Tak wygląda wariactwo przed i po !
Oczywiście nie odważyłabym się bez kochanej Ani:-)
Gdy udało nam się zapisać to dopadło nas przerażenie...
Ale od czego jest plan.
Treningi na Ślęży i trzebnickich górkach miały nas przygotować.
A przynajmniej dać wrażenie, że damy radę zmieścić się w limicie.
Bieg Rzeźnika jest towarzyskim rajdem miłośników biegania i Bieszczadów.
To istna legenda w biegowych kręgach.
Przez wiele lat jakaś totalna abstrakcja dla mnie.
Dlatego nie porwałyśmy się na Bieg Rzeźnika - 80 km a zapisałyśmy się na Rzeźniczka - 28 km
Gdy odebrałyśmy numery startowe wyczekiwałyśmy koleżanki, 
która biegła Rzeźnika na swoje 40 urodziny.
Hmmm 80 km na 40 urodziny - co będzie dalej?
Ula cała, szczęśliwa i w limicie dobiegła z partnerem na metę
Wygląd biegaczy wpadających na metę trochę przerażał.
Zarówno jeśli chodzi o wyczerpanie jak i ilość błota.
W kilku zdaniach Ula przekazała nam wrażenia o błotnej masakrze na trasie.
Informacja organizatorów że na 640 par w limicie przybiegło 356
też dała nam do myślenia.
Pełne lęków stawiłyśmy się o 6:40 na transport kolejką bieszczadzką na start!
Jasno określiłyśmy cele na ten bieg:
- biegniemy razem aż do mety!
- walczymy aby zmieścić się w limicie na punkcie kontrolnym
- ciśniemy do końca aby zakończyć bieg przed limitem 6h30 min!
Pomimo początkowych problemów na trasie 
( Ania chciała się wycofać na 5 km)
im dalej tym lepiej nam szło.
Ja ruszam szybciej od Ani ale potem na ok 8 km Ona dostaje energii  a  ja siadam. 
Jesteśmy więc idealnym teamem do motywowania siebie:-)
Na punkcie kontrolnym zameldowałyśmy się ponad godzinę przed limitem.
Uzupełniłyśmy wodę, kole, trochę zjadłyśmy i dalej.
Z profilu trasy wiedziałyśmy że teraz zaczną się najgorsze podbiegi/podejścia.
Czułam się dobrze, miałam zapas energii i podbiegi pokonywałam dobrym tempem.
Charakter trasy mi odpowiadał.
Po każdym podejściu jak już człowiek wszedł na górę
 to oczom pokazywało się następne podejście.
Podstawowa zasada "Shrek nie patrz w górę" bo się załamiesz :-)
Na 26 km odważyłam się spojrzeć na zegarek 
i zaświtała myśl aby złamać 5 godz. 
No pomyślałam o tym chyba w złym momencie.
Ostatnie 2 km to była błotna masakra.
Runmagedon, który mam za sobą to pikuś.
Ostatnie kilometry to był ostry zbieg przy trasie w stanie jak na zdjęciu.
Nogi już były zmęczone, strach przed kontuzją na ostatnich kilometrach.
DO tego kilka podejść, przebieg przez rzekę i już już prawie.
Przebiegłam przez mostek i widzę już stadion z metą!
Odwracam się a Ania blada stoi przed mostkiem i kiwa głową na nie.
Nie umie pływać, boi się wody !!
W rzece stali kibice i chlapali wodą.
Dla Ani to dramat.
Cofnęłam się kawałek, wołam,
 dodaję otuchy!!
Widzę że Ania zbiera się w sobie i z zaciśniętymi zębami kurczowo trzymając się liny 
wchodzi na mostek.
Już jest przy mnie, łapię ją za rękę
biegniemy razem.
Krok w krok ręka w rękę aż do mety.
Tuż przed przekroczeniem linii spoglądamy na siebie nie wierząc.
Zrobiłyśmy to!!!

Potem już relaks w wodzie, domycie butów i nóg aby wsiąść do auta.
A na deser rozpusta!
Tego dnia mogłam wszystko !
No co ja poradzę że kocham te góry, tą atmosferę,
to zmęczenie i euforie na mecie.
Wrócę w Bieszczady na pewno.
Z pokorą zaplanuję dystans i treningi.
I mimo że byłam setna od końca 
to jestem przeszczęśliwa.
Nie biegam dla wyników, nie walczę o urwanie kilku minut.
Wykupuje pakiet i płace za cały bieg :-)
więc się delektuję.

P.S. na trasie za każdym razem jak widać było jakiegoś fotografa to - odwracał się gdy my dobiegałyśmy, badź zmieniał obiektyw, lub szukał czegoś w torbie, bądź szedł na nowe miejsce......
no comments :-)))))))))))))))))))))))))))))))))))))))
Zdjęć z trasy/mety brak !!!

P.S. 2 Wykorzystałam cudne zdjęcia  autorstwa Joli Błasiak-Wielgus

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota

piątek, 28 czerwca 2019

Detale :-)

Dziś zapraszam jeszcze na chwilkę na nasz taras.
Tegoroczną odsłonę pokazywałam już tutaj 
Dziś chciałam pokazać kilka detali, które nadają mu charakter.
A szczególnie kolejny wieniec, który zrobiłam.
Kwiaty w kolorystyce biało niebiesko zielonej.
Tak jak kwiaty i dodatki.
Tym razem wieniec ma 50 cm średnicy 
ale na dużej pustej ścianie w miarę nie zginął
Teraz już tylko dbać i podlewać do jesieni! 
No i może znaleźć chwilę by poleżeć !!!

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota




poniedziałek, 24 czerwca 2019

Pobiegałam nocą po Wrocławiu

Kolejny weekend biegowy za mną.
Tym razem wspólnie z 13 000 biegaczy deptaliśmy wrocławskie ulice.
Pakiet odebrałam już w piątek w temperaturze trzydziestu kilku stopni.
I błagalnym wzrokiem patrzyłam w niebo.
Nocny Półmaraton Wrocław startuje o 22.00
 więc wiadomo że słońce nam nie grozi :-)
ale duchota i temperatura niewiele malała po zachodzie.
W sobotę nad Wrocławiem przeszła burza i trochę oczyściła powietrze.
Humory na starcie dopisywały:-)
Pierwszy raz Nocny Półmaraton startował z płyty Stadionu Olimpijskiego.
To rozwiązanie super sprawdziło się przy Maratonie Wrocławskim.
Tu jednak średnio.
Po prostu było za wąsko.
Organizatorzy przygotowali super oprawę świetlno-muzyczną.
A jak odpalono ogień na wieży to zrobiło się światowo wręcz olimpijsko !

Tempo pierwszych kilometrów dramatycznie niskie.
Wolno przepychałam się do przodu
ale bez ciśnienia.
Start w tym biegu traktowałam czysto treningowo i zabawowo.
To miał być trening w miłym towarzystwie przed startem w Bieszczadach
Jak tylko ruszyliśmy to zaczął padać deszcz.
Jak dla mnie idealnie.
Bardzo to lubię i nawet śliska kostka czy tory nie zniechęcały.
Na trasie było kilka mocnych zwężeń trasy
 co przy takiej ilości biegaczy nie dawało komfortu kontroli tempa.
Na początku Piłsudskiego jeszcze przed dworcem  po prostu musieliśmy stanąć :-(
Ale że bieg był dla przyjemności a nie jakiś życiówek
nie przejmowałam  się.
Mimo deszczu na trasie świetni kibice, pięknie oświetlone mosty
i muzyka klubowa. 
A na finiszu niespodzianka.
Stadion żużlowy zamienił się w błotnisko i ostatnie metry 
to była jazda bez trzymanki.
Jak zawsze szczęśliwa wpadłam na metę! 
Zdjęcie na mecie pokazuje stan butów i skarpet :-)
Dobrze że w aucie miałam ciuchy i butelkę wody aby się opłukać !!! 
Kolejny medal z krasnalem do kolekcji.
I pewno nie ostatni bo bardzo lubię ten bieg!
Do zobaczenia za rok!

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota