piątek, 10 sierpnia 2018

Na te upały...

Upały dały się we znaki:-)
Na naszym ogrodzie mieszka wiele ptaków
i to dla nich przygotowałam wodopój.
Wykorzystałam stary wieniec wiklinowy
i dopasowałam o niego podstawkę pod doniczkę.
Za pomocą sznurka powiesiłam na drzewie.
Codziennie uzupełniamy wodę.
Ptaki powoli się orientują,
że takie coś jest i można bezpiecznie korzystać.
Zawiesiłam wysoko,
bo u sąsiada mieszka kilka kotów.
Trochę wody dla ochłody
zawsze się przyda :-)

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota

piątek, 3 sierpnia 2018

Odrobina lukusu

Dzisiaj pozwoliłam sobie na odrobinę luksusu:-)
Bo wcale nie trzeba wiele 
by miło i relaksująco spędzić czas.
Nieocenione w budowaniu klimatu są oczywiście świeczki.
Zawsze ich u nas pełno. 
Światło świetnie buduje nastrój.
Bardzo lubię gdy jest obecne też na ogrodzie.
W tym roku królują żarówki i lampy.
Do tego kilka detali.
Nic wyszukanego ale odrobina dekoracji zawsze robi swoje.
Do tego kwiaty, nawet w nieoczywistych miejscach,
takich jak kieszeń w hamaku :-) 
I tak przestawiając co nieco na ogrodzie powstał luksusowy :-)
kącik relaksacyjny.

 

Całości dopełniają solarne lampy na drzewach.
Sprawdzają się świetnie.
Dobrze znoszą deszcz i wiatr i nie trzeba ich w panice ściągać.
Wiszą sobie nad hamakiem i dają całkiem sporo światła. 
I tak w całości wygląda ten zakątek.
Teraz ulubiony na ogrodzie.
Hamak kusi i wciąż do mnie woła - połóż się, odpocznij.......
Czyste zło :-) 
Do tego winko
i....
Hamak jest dwuosobowy :-)
Można leniuchować. 
 Dobra kończę już z tym foto spamem.
Przed nami jeszcze dwa miesiące lata 
i mam zamiar trochę z hamaka pokorzystać.
 Wasze zdrowie i udanego weekendu życzę. 

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota



poniedziałek, 30 lipca 2018

Co to był za bieg

Ach co to był za cudowny bieg :-)
💚💚💚💚
Ale od początku.
W przypływie szaleństwa zapisałam się na mój pierwszy 
górski półmaraton.
Stwierdziłam, że jak na płaskich biegach mi nie idzie 
to zmienię kategorię:-) bo wiekowej nie mogę.
Wybrałam bieg w ramach Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich 
I to był strzał w dziesiątkę!
Świadoma, że nie będzie to bułka z masłem 
powbiegałam trochę na Ślężę,
mając głównie na uwadze czy jest szansa zmieścić się w limicie.
Pełne optymizmu ruszyłyśmy :-)
 
Już w piątek  dojechaliśmy do Lądka-Zdrój,
bo jak wiadomo nie ma takiego miasta Londyn ale jest Lądek, Lądek-Zdrój.
Bez kolejek i kłopotów odebrałyśmy pakiety. 
Podczas kolacji cały czas sprawdzaliśmy sytuację na trasie bo kolega biegł
Bieg 7 Szczytów czyli 240 km:-)
Były sygnały, że szlaki są rozmoczone, że są kałuże itd 
ale cóż pozostało?
Po sprawdzeniu prognozy pogody po prostu stanąć na starcie!
Po kilku dniach intensywnego deszczu zapowiadało się słońce.
Rano całą ekipą ruszyliśmy na start.
Część maraton, część półmaraton:-)
W strefie startowej wspaniała atmosfera.
Istny piknik w pełnym słońcu.
Co chwilę na metę wpadał kolejny wariat/tka z biegu KBL czyli 110 km (ruszyli w piatek)
Dalej na trasie była część zawodników z 240 km a o 6.00 rano ruszyli na 68KM
Tuż przed startem spotkałam niesamowitą Izę, koleżankę jeszcze z liceum,
która dzień wcześniej ukończyła 130 km.
Masakra!!!!!!!!!
Czy widzicie o jakich ja dystansach piszę?
I to jeszcze w górach?

O 11.00 przy aplauzie, muzyce i tłumie kibiców 
ruszyliśmy na nasze 21 km.
Pierwszy punkt kontrolny był zaplanowany na 10 km i limit był 2,5 godz. 
Wydawało się że luz....
ale oczywiście było non stop pod górę i jak po godzinie zrobiłyśmy 6 km 
to złapałam lekkiego stresa:-) 

Ale to był już szczyt naszej pierwszej góry więc padło hasło lecimy w dół
to nadrobimy.
No i nie tak do końca bo momentami były zejścia,
że schodziłam wolniej niż wchodziłam :-)))))))))))))))
 

Potem odcinek gdy lecieliśmy ścieżynką centralnie granicą z Czechami,
w cieniu, wśród jagód.
I tam zaliczyłam spektakularną wywrotę
ale na szczęście bez ofiar.
Otrzepałam się i ruszyłyśmy dalej.
Po półtorej godzinie dotarłyśmy na 10km do punku kontrolnego. 
W zapasie miałyśmy godzinę!

A tam pełna wyżerka!
Najlepszy na świecie, zimy arbuz, orzeszki, żelki, ciastka, banany.
Uzupełniłyśmy płyny, wziełyśmy prysznic z wiadra i ruszyłyśmy dalej.
Teraz już cienia nie było. 
Za to cudne widoki
i urokliwa ścieżka.
W głowie był wniosek po analizie trasy, ze po 14/15 km będzie już w dół! 
Drugi szczyt nas zaskoczył:-)
Jak to już?
No i ruszyłyśmy w dół.
Słońce prażyło niemiłosiernie ale nogi niosły.
Na 16 km spotkałyśmy biegacza z KBL ( 110km).
Pociągnęłyśmy Go trochę bo już bardzo chciał do mety.
Zegarek mi zgłupiał chyba od tego upału i wychodziło mi ze jeszcze jakieś 1, km
aż tu nagle pojawia się znak Lądek-Zdrój.
Kibicę krzyczą, ze już niedaleko
a ja w głowie cały czas nie ciesz się to jeszcze 1,5 km.
W cieniu przy ławce starszy elegancki pan z uśmiechem i uchylonym kapeluszem.
Pełna elegancja.
Krzyczę do Ani - już niedaleko!!!
I nagle słyszę muzykę, kibiców i patrzę, że to ostatni zakręt.
Łapię Anię za rękę i razem lecimy do mety.
Dzika radość !!!!!!!!!!
Trochę niedowierzanie i ogromna satysfakcja.
Pierwszy raz biegłam cały bieg z partnerem.
Tak postanowiłyśmy z Anią, że się pilnujemy, nie rozdzielamy i wspieramy.
I to było super rozwiązanie.
Czułam się pewnie mając Ją u boku.
Gdy Ona słabła to Ją ciągnęłam (mentalnie),
gdy ja miałam kryzys to Ją goniłam:-)
Pełna współpraca.
Dziękuję Aniu :-)

Całym biegiem jestem zachwycona!
Organizacja na 6 z +!
Trasa urokliwa, atmosfera wspaniała.
Troska organizatorów o detale niesamowita.
Ten arbuz, to piwo bezalkoholowe na mecie...
Wszystko mega!!!!!!!!!

To kompletnie inny wymiar biegania.
Dla mnie mniej stresujący
 ( nie walczyłam o poprawę wyniku o kilka sekund na 21 km jak na ulicznych biegach:-))))))))
Blisko natury, cudne widoki istna magia!

Meldujemy się za rok na 100% by przeżyć to jeszcze raz!

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota









piątek, 20 lipca 2018

Witamy od drzwi

Cześć 
dzisiaj wpadam na chwilę aby pokazać wieniec na drzwi,
 który zrobiłam na początku lata.
Miało być kwieciście, letnio i sympatycznie:-)
Od razu widać, że z uśmiechem witamy wszystkich gości. 
Wieniec zrobiony na podstawie z wikliny, do tego kwiatki, pistolet klejowy
i chwila zabawy.
Mini koneweczka to już wisienka na torcie :-) 

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota

piątek, 13 lipca 2018

Owocowe szaleństwo

Owocowe szaleństwo trwa.
Uwielbiam ciasta z owocami a szczególnie tarty.
Właściwie co weekend piekę 
i kilka sprawdzonych przepisów przewija sie ciągle.
Dzisiaj sie nimi z Wami podzielę












Sernik na zimno:-)
Mój ulubiony bo nie za słodki, nie za duży i szybki w wykonaniu.



Sernik na zimno
Składniki:
- paczka biszkoptów lub herbatników
- 1/2 kg sera (najlepiej Mój ulubiony Wieluń)
- 13 dag masła w temperaturze pokojowej
- 1 1/2 szklanki cukru pudru lub 1 szklanka białego cukru
- cukier waniliowy
- 2 jajka
- 2 żółtka
- 2 łyżki żelatyny na 3/4 szklanki wody
- galaretka owocowa i owoce (moga być mrożone)

Sposób wykonania
Herbatniki lub biszkopty rozkładamy w foremce (śr ok 23 cm)
Masło ucieramy z cukrami na puszystą masę. Oddzielamy żółtka od białek. 4 Żółtka dodajemy do masy maślanej i ucieramy. Następnie dodajemy po łyżce sera cały czas ucierając  na przemian z krzepnąca żelatyną. W oddzielne misce ubijamy dwa białka na sztywną pianę . Delikatnie mieszamy pianę z białek z masą serową. Masę wykładamy na biszkopty i wkładamy do lodówki. Gdy ser zastygnie dodajemy owoce (jeśli mrożone to ich nie rozmrażamy) i zalewamy chłodną galaretką.

Smacznego!!!!!

Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota


piątek, 6 lipca 2018

Bieganie - szaleństwo trwa :-)

Człowiek jak chodzi to nie ma czasu
ale jak biega to czasu ma jeszcze mniej :-)

Ostatnie 3 weekendy i poniżej półmaratonu nie schodzę:-)
A zaczęło się od Nocnego Półmaratonu we Wrocławiu
Pozycja obowiązkowa.
Przygotowania do startu były słabe wiec ciśnienia na wynik nie było.
Plan to dobra zabawa bo pora co najmniej imprezowa :-)
Organizacja w tym roku na 5+, pogoda w miarę ok (troche parno i duszno),
radość z biegania mega. 
Ponad 10 000 osób na mecie,
dużo kibiców na trasie.
Meta osiągnięta, medal w ręku :-)
Teraz dylemat co z Maratonem Wrocław 
bo medale tworzą duet :-)))))))))))
Kolejny weekend to impreza o wiele bardziej kameralna.
Bieg Śladem Księgi Henrykowskiej.
Trasa wymagająca, z podbiegami i po polnych ścieżkach.
2 pętle i zawody rozgrywano na 10 km i 21 k.
Po przekroczeniu półmetka miałam wrażenie że wszyscy zakończyli na 10 km.
Zerknęłam tylko na kibicującą (jak nigdy !!!!)
rodzinkę i dalej w drogę :-)
Biegłam drogą kompletnie sama :-)
Gdzieś na horyzoncie majaczyła sylwetka biegacza :-0
No i wrażenie nie było mylne. Na dystansie półmaratonu biegła aż 11 kobiet!!
Na mecie gratulacje od córki! Bezcenne!
Piękny medal do kolekcji.
To trzecia edycja biegu.
Jak będzie czwarta to melduję się na starcie.
Kolejny weekend to zmiana na bieganie po górach.
Właściwie to wyszło bardzo harmonijnie :-)
Nocny półmaraton po płaskim, bieg w Henrykowie z podbiegami a na koniec prosto na Ślężę.
8 rano zbiórka w Sobótce z grupą biegających wariatów:-)
A potem już ostro pod górę.
Towarzystwo pocisnęło choć obiecali, że tempo będzie emeryckie :-)
Jak widać emeryckie jest szybsze od naszego ślimaczego.
Zostałyśmy z Anią same na szlaku.
No cóż było robić?
Lecimy na górę.
Tam całus z niedźwiedziem, łyk wody
i w dół na Przełęcz Tąpadła.
Potem wbieg na Radunię.
Przyznam się, że nigdy nie zdobyłam tej góry.
Zawsze tylko Ślęża i Ślęża .
A tam widoki cudne !
Potem zawrotka i znowu przez Tąpadła z powrotem na szczyt Ślęży.
Pierwszy raz w życiu jednego dnia dwa razy Śleża!
Potem to już tylko z górki na parking.
W nogach 24 km,
w sercu więcej odwagi przed pierwszym górskim półmaratonem, 
w głowie postanowienie aby więcej ćwiczyć podbiegi !

To tyle relacji :-)
Zmykam i pozdrawiam


Dziękuję że zatrzymaliście się na chwilę na przedmieściach
Dorota